Human 2.0

Kessler Syndrome – sytuacja w której ilość syfu na niskiej orbicie Ziemi osiąga poziom uniemożliwiający wysłanie czegokolwiek w kosmos i powodujący lawinową kolizję tych wszystkich śmieci.

Tak się stało w świecie gry. Kolizje na orbicie i spadające odłamki doprowadziły do zniszczenia miejscówek na całym świecie. Tytuł ma nawiązywać silnie do tematyki gry i (trzech) głównych postaci oraz trzech stron konfliktu. Inspiracjami są klasyczne utwory Wagnera jak i Black Sabbath. Ponoć ma być silny nacisk na klasyczne dzieła literatury, a świat, postacie i inspiracje mają nawiązywać do trójki i łączyć się harmonicznie w całość.

Gra będzie łączyła strzelanie i walkę wręcz ale nie będzie przypominała DMC, głównie z uwagi na silny nacisk na strzelanie. No i będą pojazdy. Itagaki twierdzi, że jeśli chodzi o mechanikę walki bronią palną, muszą się jeszcze dużo nauczyć. Walkę wręcz z kolei mają już opanowaną. W części strzelankowej mają pomóc wewnętrzne studia THQ. Gra ma być krwawa. Ziomek z THQ (który ślini się strasznie nad projektem – w końcu za to mu płacą…) mówi, że muszą trochę przystopować, żeby się zmieścić w M. Ta, jasne.

Ponoć garniaki z THQ miały masę funu grając w build multi i głównie stąd decyzja o wydaniu gry. Część assetów z trailera pochodzi z innych gier THQ. Itagaki jest zadowolony z tego, że nie musi kroić gry co rok i może poświęcić czas na polerowanie tytułu. Gra jest (ugh! uwielbiam %%%) skończona w 10% i wyjdzie moooże za dwa lata. Itagaki ma tiwika 3D i już nie-nie-lubi Tecmo.

Gra przywodzi na myśl Wet. Które nie było straszne, ale najwyraźniej brakło tego, co ex-Team Ninja rozumie – głębi mechaniki i wyważenia. Poza tym o co jak o co, ale o jakość animacji spod ręki ludzi z ex-Team Ninja nie ma powodu się obawiać. Ninja Gaiden zawsze miało animację na najwyższym światowym poziomie i nawet mimo iż w niektórych miejscach w grze animka nie zgrzyta, ta gra ma wyjść za jakieś dwa lata. Będzie wypas a hejterzy będą hejtować.

Reklamy

Zawsze chciałem napisać jak bardzo irytuje mnie koncepcja parytetu. Akurat trafiła się okazja, więc z niej skorzystam. Napisał był na forum b0dz1o:

W takiej Hiszpanii, kiedyś ostoi katolicyzmu, długo walczono o homoseksualne małżeństwa. Kiedy rząd w końcu się na to zgodził, po niedługim czasie prawnie zakazano używania przez dzieci słów takich jak „tata” czy „mama”, zamiast tego mają mówić „rodzic” i „rodzic”, żeby nie obrażać uczuć homoseksualistów. Dlatego wyśmiewam te durne postulaty o tolerancję na wszelakich manifestach, to nie my jesteśmy nietolerancyjni, tylko oni.

Odpisałem:

To jest fundamentalny problem w rozumieniu różnicy między równouprawnieniem a parytetem. Równouprawnienie daje ludziom równe szanse. Parytet zmusza ludzi do ustąpienia innym na siłę. Zabranianie używania słów „mama” i „tata” nie jest przejawem liberalnego równouprawnienia a faszystowskiego parytetu.

Boobs!

Posted on: 2010/02/27

Jedyny powód dla którego warto grać w FFVII:

Tifa Lockhart


No jeszcze ewentualnie ten gej Sephiroth.

Heavy Rain

Posted on: 2010/02/07

To żaden nowy tekst, postanowiłem podzielić się szalenie interesującą dyskusją z forum NEO+GO. Odrobina dystansu wymagana do lektury. Tekst lity celowo. Przy okazji testuję trackbacki.

Tło: Sony zerwało kontakty z francuską stroną Gamekult w związku z krytyczną recenzją Heavy Rain.

Mój oryginalny komentarz: Niczego się nie nauczyli przez te lata. Trzeba było, jak do Lair, dodawać instrukcję „Jak recenzować naszą grę”.

Odpisał fingus:
Niepotrzebnie się wyzłośliwiasz. Nikt tu nie odbiera im prawa do posiadania własnej opinii, mogą napisać co chcą. A Sony może się reklamować tam, gdzie chce. Jedna wolność nie wchodzi w drogę drugiej wolności. To zjawiska niezależne. Recenzja też jest formą reklamy i promocji. Zresztą te formy przekazu się uzupełniają – reklama bez recenzji jest tylko nawoływaniem przekupnia, a recenzja bez reklamy jest obraźliwym pamfletem. A lepiej się reklamować tam, gdzie reklama pojawi się we właściwym kontekście. Zła recenzja wywołuje negatywny kontekst, w którym Sony woli się nie pojawiać, by nie firmować tego swoim logo. Ponadto Sony ma swoją opinię o grze i ma do niej pewne uczucie – jeśli recenzja godzi w tę opinię i to uczucie, ma ono prawo domagać się jej zmiany, tak jak ty masz prawo domagać się, by nie obrażono cię publicznie. Negatywna recenzja jest formą potwarzy. Nie może ona przecież istnieć w oderwaniu od całego mechanizmu promocji. Powinna zachęcać do kupna gry, aby klient sam mógł sobie wyrobić o niej własne zdanie. Odciąganie go od tego jest odebraniem mu swobody obcowania z grą. Portale internetowe utrzymują się z reklam i dzięki nim żyją. Wydawca gry dzięki reklamom i przychylnym recenzjom sprzedaje gry i z tego się utrzymuje. I teraz pytanie: czy ta sytuacja ma stać się konfliktem czy też zgodnością interesów? Negatywna recenzja, narażająca wydawcę na straty, musi spotkać się z podobną odpowiedzią z jego strony. Nie można tak trzaskać recenzjami jak popadnie. To wszystko jest bardzo skomplikowane i dotyczy relacji społecznych i zaufania jakim klient powinien darzyć wydawcę. Niesprawiedliwa recenzja narusza pewien porządek. Sony zareagowało właściwie.

I nagle wszystko stało się jasne. Dzięki fingusowi zrozumiałem, że przemysł jest w doskonałej równowadze. Oceny w recenzjach są bowiem idealnym wyznacznikiem jakości zespołu pracującego nad grą. Im lepszych marketerów zatrudnia deweloper/wydawca, tym lepsze będą oceny gry. Albowiem nie od samych pieniędzy, ale i umiejętności teamu zajmującego się marketingiem zależy jaką recenzję uda im się wynegocjować. Oczywiście płacenie wprost mogłoby się wydać jakimś dinozaurom nieetyczne, dlatego marketerzy ucinają wszelkie dyskusje na temat dziennikarskiej etyki dokonując transakcji nie wprost. Mogą, przecież nikt im nie zabroni publikować ogłoszeń w magazynach. Ba! Ileż to razy słyszeliśmy jaką ładną reklamę w magazynie umieściło Sony, Microsoft czy EA. Z miejsca też widać u kogo marketing kuleje. Gdzie reklamy od Nintendo, ja pytam? Aha, w Pani Domu i Twoim Stylu. Zapomniałem. Ale odbiegam od tematu. Teraz jasnym stało się, że staram się walczyć z czymś szalenie bliskim ideału, czego naprawiać nie trzeba. Obecna sytuacja jest doskonała zarówno z punktu widzenia wydawcy, dewelopera jak i dziennikarza growego. W końcu to oni negocjują między sobą oceny i ceny. Jeśli w tym wszystkim przytrafi się wciągająca, atrakcyjna audio-wizualnie, grywalna pozycja, jest to ni mniej ni więcej tylko wisienka na szczycie tortu. Można się bez niej obejść. Ktoś mógłby zawołać: chwila! A gdzie w tym wszystkim miejsce na gracza? Szczerze? Nie mam pojęcia i mnie to nie obchodzi. Na szczęście nie jestem w tym podejściu osamotniony, wyraźnie bowiem widać, że posiadanie gracza w d*pie się opłaca. Opłaca się wydawcom, opłaca deweloperom, opłaca redaktorom pism i portalów o grach. A skoro oni są zadowoleni, nie ma powodu do narzekań. Wszystko jest w najlepszym porządku. Dziękuję Ci fingus! Dzięki Tobie wszystko stało się jasne.

Dodał od siebie fingus:
Chciałbym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na jedną rzecz. W kuchni istotne jest podanie potrawy. To, jak leży na talerzu, jak wygląda, jak się prezentuje. Danie można podać wymieszane w misce, wydaje się to nie mieć znaczenia, przecież prędzej czy później i tak przyjmie formę jeszcze mniej apetyczną od tej, nie tracąc przy tym wartości odżywczych, a jednak na przyjemność posiłku wpływa nawet kolor talerza, czystość obrusu czy muzyka w tle. W grach tę otoczkę tworzą recenzje. Nieprzychylna recenzja psuje całą zabawę. Sprawia, że nie cieszymy się w pełni grą, która w innych warunkach zapewne by się nam spodobała. Zwracamy uwagę na wytknięte błędy, które moglibyśmy przeoczyć, skupiamy się na nieistotnych szczegółach i t.d. Ładowanie negatywnych sygnałów kradnie nam radość z gry. Negatywna recenzja jest jak pierdnięcie w restauracji – być może ma to coś wspólnego z konsumpcją, ale nie dostarcza żadnej przydatnej wiedzy o potrawie, a jedynie odbiera nam apetyt.

I druga sprawa – część z Was przy okazji rozmów o piractwie wykazała słuszną troskę o niepożądany wpływ rynku wtórnego na finanse wydawców. Handel używanymi grami, a także wszelkiego rodzaju przedświąteczne obniżki, specjalne okazje czy wyprzedaże to odbieranie im chleba. Obniża to ich zysk, a że mniejszy zysk to tak naprawdę strata, śmiało można nazwać to kradzieżą. Nie dość, że ludzie płacą przez to mniej za grę, to często jeszcze specjalnie czekają, aż cena spadnie, czy też, co niedopuszczalne, dzięki odsprzedaży jedną kopią gry bawi się wiele osób po kolei. Czy nie uważacie, że tym samym mogą być nieprzychylne recenzje? One też zniechęcają ludzi do zakupów, też zmniejszają zyski producentów. Czy czytając negatywną recenzję, nie macie czasem wrażenia, że okradacie twórców? Poza tym, dlaczego kierowanie się czyjąś opinią miałoby być właściwe? Czy wyczerpujące opisy umieszczone na stronie producenta nie powinny być dostateczną informacją do podjęcia decyzji o zakupie?

To jeszcze nic. Rynek wtórny to prawdziwe zło, na które godzą się tylko szamiący hamburgery gracze zupełnie pozbawieni honoru. Trzeba być naprawdę krótkowzrocznym, żeby popierać ten haniebny proceder. To doskonały przykład na brak myślenia perspektywicznego u ludzi. Bo przecież każdy rozumie doskonale jakie konsekwencje dla rynku ma kupowanie używek i czekanie na obniżki cen. Bez pieniędzy z gry w pełnej, nieokrojonej cenie, deweloperzy i wydawcy (że o marketerach nie wspomnę!) nie mają funduszy na kolejne gry. Nie dość, że nie pojawiają się przez to tytuły, które mogłyby się pojawić, to jeszcze ludzie tracą pracę i nie mogą utrzymać rodziny. Używki to śmierć głodowa. Oczywiście wraz z deweloperką cała ekonomia wali się jak domek z kart i zmniejszona konsumpcja tych bezpośrednio dotkniętych – nie bójmy się tego słowa – kradzieżą prowadzi do utraty pracy w kolejnych sektorach gospodarki. Spada sprzedaż aut, telewizorów, jedzenia. Myślicie że dlaczego padło Detroit? A kto miał kupować auta, jak deweloperzy stracili pracę bo kupowaliście używane gry? Cytując Martina Luthera Kinga: sometimes I feel discouraged. Ale podobnie jak on wierzę, że zwycięży szerzej rozumiana sprawiedliwość i ludzie przedłożą dobro ogółu nad swoje partykularne interesy.

Ale nic na nim nie będzie, obiecuję. Założyłem sobie konto na WP, żeby skomentować coś na czyimś blogu. I ten tutaj się stworzył sam. Tak tylko piszę, w razie gdyby nolife pokroju piterka tu trafił…

Ćwir! Ćwir!

Ostatnie komentarze…

ConayR o Heavy Rain
Takehaniyasubiko o Heavy Rain